Przedstawiam Wam historię moich włosów w ogólnym zarysie..
Będąc małą dziewczynką miałam rzadkie, cieniutkie włoski w
kolorze platynowego blondu. Mama ciągle wspomina o tych jaśniutkich włosach ;)
Później ściemniały (niestety) do naszego popularnego europejskiego mysiego blondu,
natomiast nigdy nie były dłuższe niż do łopatek. Wiecznie miałam podcinane
włosy, gdyż były „lichutkie, cienkie, taki cienki mysi ogonek”. Zdaniem
najbliższych nie bardzo nadawały się do zapuszczania. Do dziś mam niezbyt gęste
te włosy, katowane różnymi zabiegami, takimi jak farbowanie, rozjaśnianie
(czasem przechodząc z jasnego koloru na ciemny, a gdy farba zeszła z powrotem
rozjaśniane), codzienne prostowanie, suszenie, tarcie ręcznikiem, szarpanie
szczotką, do pewnego czasu niepielęgnowanie w jakiś szczególny sposób...
Właśnie.. Do pewnego czasu. Bo przyszedł kiedyś dzień, w
którym stwierdziłam, że szlag mnie trafi z tymi włosami, bo były dziwne.
Dosłownie.Trafiłam wtedy na wizaż, później na blogi Anwen, Czarownicującej i innych.
Na początek nastąpiło odstawienie silikonów, przerzucenie
się całkowicie na tą „lepszą” pielęgnację, co oczywiście przy takich
zniszczeniach, rozdwajających się końcówkach i połamanych włosach, które
dodatkowo były niesamowicie mocno pocieniowane, bo od samego czubka głowy, nie
było dobrym wyjściem. Ze skruchą powróciłam więc do stosowania silikonów, z
tym, że nie takich ciężkich. Zaczęłam patrzeć, co biorę z półek sklepowych, ale
pech chciał, że kobieta zmienną jest, więc Lora poleciała do fryzjera i zrobiła
pasemka, co zresztą robi do tej pory :P
Ale.. Dzisiaj włosy są gładsze, mniej się rozdwajają, mniej
się łamią. I na swoje nieszczęście są falowane. Ich problem, bo mnie tam nie
zależy na skręcie włosów, ale na ich zdrowiu i długości, która stopniowo się
zwiększa, ale przez rozjaśnianie i cieniowanie są skazane na dość częste
podcinanie.
Na dzień dzisiejszy moi znajomi po prostu śmieją się z mojej
kolekcji szamponów, odżywek, masek i innych produktów przeznaczonych do włosów.
Jest ich wszędzie pełno :)
Spisu nie będę robić, podam tylko produkty, które w ostatnim
miesiącu były nakładane na włosy.
Szampony:
- Babydream,
- Johnson’s baby, łagodny płyn do mycia ciała i włosów 3w1,
- Marion maribel perfect, szampon ultra mocny do włosów
rozjaśnionych, siwych i blond,
- Nivea baby, szampon nadający połysk.
Odżywki do spłukiwania:
- Alterra, granat i
aloes,
- Garnier Ultra Doux, odżywka z olejem z awokado i masłem
karite (jeszcze stary skład),
- Garnier Fructis, goodbye demage,
- Nivea
long rep air (ostatni faworyt),
- Wella pro series, conditioner repair (ta bardzo rzadko
używana, z reguły wtedy, gdy mam problem z rozczesaniem włosów na mokro)
Odżywki bez spłukiwania:
- Joanna Naturia z miodem i cytryną,
- Joanna Naturia z makiem i bawełną,
- Joanna Naturia z lnem i rumiankiem.
Maski:
- Loreal
Elseve Total repair
- L’biotica
Biovax Latte
- Natur Vital aloes i jałowiec (ostatni śmierdzący
ulubieniec).
Z wcierek to Jantar, ale skuteczności określić nie za bardzo
mogę, bo brakuje mi systematyczności... To pech…
Do zabezpieczania używam z reguły serum Mariona, w tej
chwili mam ten z olejkiem arganowym, który nie spisuje się tak dobrze jak ten standardowy.
Z olei w ostatnim czasie używałam tylko kokosowego (o dziwo,
nie obciąża i pięknie pachnie) z Efavitu.
To jeszcze nie ideał… Ciągle walczę o ładne, zdrowe włosy.
Chcę zejść z tego okropnego cieniowania, co będzie ciężkie dla mnie, gdyż
nieodłącznie wiąże się to ze znacznym skróceniem włosów w przyszłości.
Liczę, że będziecie trzymać za mnie kciuki ;)
Dzisiaj nie wstawiam zdjęć włosów. Nie ma w nich nic specjalnego, to ciągle nie mój ideał, nie takie jak chcę... Może później, gdy sama będę w nich widziała coś szczególnego. Albo może... Zastanowię się następnym razem :)
Pozdrawiam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz